Zazuzi’s Weblog


Była konferencja

Co prawda konferencja “Modernizm w Gdyni. Modernizm w Europie.” o architekturze modernistycznej skończyła się już kilka dni temu, to jej owoce są nadal aktualne. Podczas konferencji nabrałam pewności, że nie chcę wcale a wcale być konserwatorem zabytków.

Na mojej specjalności można się dyplomować w różnych kierunkach – na początku byłam pewna, że tylko konstrukcje stalowe i nic innego, a później przyszedł pomysł, żeby iść na budownictwo ogólne, a tam mają właśnie m. in. remonty i renowacje. Niby nie znoszę remontów w moim domu, ale jako inżynier nie musiałabym zajmować się brudną robotą, tylko planowaniem tychże robót. Ale już nie mam dylematu.

Przy obecnej sytuacji bycie konserwatorem jest podobne do bycia ekologiem. Zasłaniając się ochroną dóbr kultury i dziedzictwa kulturowego/naturalnego hamuje się wiele inwestycji albo powiększa ich koszty do niebotycznych rozmiarów. Nie mówię, żeby nie chronić zabytkowych budynków, nie starać się zachowywać oryginalnych kształtów, idei. Nie chciałabym, żeby o wszystkim decydowała tylko opłacalność, jak to się teraz dzieje. Nie bądźmy jednak zbyt skrajni! Niedługo trzeba będzie wraz z podpisem kierownika budowy o zakończeniu robót wpisywać budynek do rejestru osiągnięć technicznych ludzkości.

Teraz piejemy nad zabudową modernistyczną, która w wielu przypadkach jest piękna, nie przeczę, a liczy sobie ok 70 lat. Dziwnym jednak jest, że dramatem dla architektów-historyków jest plan wyburzenia budyneczku z lat 30 na terenie portu gdyńskiego, który to stoi na planowanej nowej trasie komunikacyjnej. Ze smutkiem i westchnieniem mówią “Trudno utrzymać dziedzictwo na terenie funkcjonującego terenu przemysłowego” – owszem.

Wiatr westchnień wywołuje także stwierdzenie, że ludzie w leciwych budynkach wymieniają okna na plastikowe. PCV w starym murze! No i podziały okien się nie zgadzają z oryginalnym projektem. To rzeczywiście źle… a ja zamieszkuję w takim właśnie mieszkaniu w kamienicy z 1937 roku, gdzie okna mają za duże szklenie. I mój własny ojciec o tym zdecydował! Podczas konferencji byłam już skłonna wstać i powiedzieć “Przepraszam. Ja też tak mam. Wymieniliśmy okna na plastikowe. Jak będę duża, to zarobię i wstawię drewniane okna z odpowiednio dużymi ramami. Klameczek już niestety nie odzyskam.” Już mi przeszło bicie się w piersi, chociaż myśl o wymianie okien… ;-)

Całkiem trafny, wg. mnie okazał sie pomysł jednej z prelegentek, na pomysł podziału mieszkańców budynków z lat 30, miały być odpowiedzią na potrzeby mieszkaniowe ludności przenoszącej się ze wsi do miast (nie dotyczyło to akurat miejskich kamienic):

1) bogaci na tyle, żeby dokonać przebudowy zmieniając oryginalne kształty budynku nie do poznania, zmieniając przez to spójność zabudowy w danym kwartale (zmienione kształty dachów, ocieplenie styropianem – zmienia się głębokość osadzenia okien, dodatkowe balkony, tarasy)

2) mający pieniądze na remonty doraźne, wymianę okien – bialuśkie plastiki w ścianie odrapanego tynku

3) ludzie biedni – dzięki ich biernemu użytkowaniu budynków, architektura pozostała nienaruszona (chwała im za to! ;-)

Rozbawił mnie natomiast referat pewnego rudego Szkota z rumieńcem i wąsem, który zaprezentował z zadowoloną miną, jak to pod jego kierownictwem pewną fabrykę budowaną w 1938r rewitalizowano, całe ściany szkląc, dodając dodatkowe piętra… Z uśmiechem zwrócił się do widowni słowami: “No, można się spierać, czy jest to wciąż ten sam budynek”

Pojawiłam się na konferencji, bo lubię rozmowy i wystąpienia mądrych ludzi, lubię gdyńską zabudowę i szanuję dziedzictwo kulturowe. Pokazano wiele budynków, które mogłyby być piękne, jeśli by się znalazły pieniądze i marzyłabym o tym, żeby idee modernistycznych architektów znowu lśniły. Więc wszystkie te ironiczne uwagi powyżej są raczej argumentami dla których nie chcę świrować na konserwatora, a nie jechaniem po referentach.

Naczelnym wnioskiem powinno być, jak po każdej konferencji mającej naświetlić jakiś problem społeczno-kulturalny – ludzi należy uświadamiać i edukować w poszanowaniu dla dziedzictwa i piękna, bo to od nich zależy, jak będą traktować miejsca w których zyją, nie od konserwatorów.


Boję się matematyki!

Najpierw mi się podobało. Najpierw, tzn. zanim się zaczęło. Słoneczny dzień, rano film z Pawłem. Billy Eliot. Taki mam dzień, że się niemiłosiernie spłakałam, a to nie takie znowu szarpiące było. Następnie kontrol postępów pracy przy Galerii Bałtyckiej, co ją za 3 dni otwierają. Ubrania w sklepach już wiszą na wieszakach i się nie mogą doczekać klientów. Podskakują z nieceirpliwości.

Z chłopakami poszłam zainaugurować rok w Kwadratowej, a później popiwie nie kontaktowałam na matematyce.

Matmy się boję cholernie, bo tematyka jest raczej… szeregowo ciągnąca, czego nigdy dotąd nie byłam w stanie się nauczyć. Prowadząca z dużym biustem, więc grupa nie narzeka.

I starostą zostałam. Teraz, kiedy już chyba mi się nie chce. Ale będę się spełniać. Skrzynkę dla grupy założę na .wp, przygotuję sobie listę. Aaaaale będzie zabawa :/

Guziki kupiłam do szaliczka. Ale chyba jednak nie o takich marzyłam. Trudno. Guziki można zmieniać.


koniec wakacji

No proszę. Myślałam, że już wyrosłam z blogowania, a jednak znowu poczułam potrzebę zapisywania codzienności. No i mam niepohamowaną chęć zamieszczenia także swoich “dzieł” szydełkowych, wyszywanych i dzierganych. A i linków, co chciałabym polecić.

Mam jednak także pewne obawy, co do rozwoju technik blogowania. W gimnazjum mnie nauczyli podstaw HTML-a a technika poszła na przód, tak więc mając 21 lat już mam lęki przed nowościami w technice internetowej. Podołam!

Sądzę, że to dobry moment na rozpoczęcie bloga, bo właśnie dzisiaj kończą mi się wakacje i zacznie się dziać coś ciekawego – od jutra wracam na zajęcia. A jeśli nie będzie, co pisać, to wstawię zdjęcia. Tak tak, blog mnie zdyscyplinuje.